Lekki zapach kwaśnego octu i starego strychu. Otworzyłam oczy
i podniosłam książkę z głowy. Wypuściłam ten wspaniały zapach z płuc. Zawsze
kochałam wąchać książki, choć nigdy nie przepadałam za ich czytaniem. Dziwne…
Dziwne, że wącham i dziwne, że w ogóle czytam. Ostatnio wszystko jest dziwne.
To, że w jednej sekundzie straciłam przyjaciół, dostałam depresji i próbowałam
się zabić. To do mnie nie pasuje. To nie jestem ja. Ciężko oddycham, odkładając
książkę. Siadam na łóżku, spuszczam stopy na panele. Zimna podłoga daje osobie
znać. Uwielbiam chodzić na boso. Szczególnie po trawie.
-Wiesz co? Dzisiaj jeszcze nie płakałam. To dobrze prawda?-
mówię
-Chodź ciągle myślę o tym co źle zrobiłam i dlaczego mi się
nie udało. Oglądałam wczoraj film z rodzicami. Pewna dziewczyna podcięła sobie
żyły. Wtedy pomyślałam, że też tak chce. Tak naprawdę nie chce umierać,
życie jest piękne. To był jeden moment, jedna chwila. Najlepsze jest to, że
chce wszystkim pomagać a nie umiem pomóc sobie.- płacze.
Pierwszy raz dzisiaj płaczę. Jestem w szoku, chyba muszę się pochwalić psychiatrze. Spojrzałam na
zegarek. Już po czternastej. Czas wziąć antydepresanty. A pro po mojej
depresji, wiedzą o tym tylko moi rodzice, pani psycholog i ewentualnie
wychowawczyni, więc ciii nikomu nie mówcie. W liceum próbuje zachowywać się
normalne. W domu jest gorzej. Pewnie dlatego, że cały czas jestem sama. Rodziców
całymi dniami nie ma, moje rodzeństwo się wyprowadziło. Nawet nie mam do kogo
gęby otworzyć. Chociaż nie, mam! Do siebie. To jest jeszcze bardziej dołujące.
Wstaję i kieruję się w stronę małej białej komody. Zwykła z IKEI. Normalka. Na
niej leżą płyty Mozarta, Michaela Jacksona i Grechuty. Parę gazet i kobiecych
magazynów. Obok nich jakiś zeschnięty lakier do paznokci. Oczywiście czarny.
Lubię ten kolor. Gówno prawda. Najbardziej lubię miętowy ale się do tego nie
przyznaję. No i oczywiście w kącie stoi flakon z perfumami. Zapach lawendy.
To najwyraźniej b y ł zapach
lawendy. Otwieram szufladę i wyciągam z pod ubrań szkatułkę. W środku
opakowanie po pigułkach i instrukcja od lekarza, gdybym czegoś zapomniała.
Zamykam szufladę i połykam tabletkę. Pieprzony gorzki smak. Biegnę do łazienki
i szybko popijam wodą z kranu. Nagle coś dzwoni. Chyba to mój telefon. Schodzę
na dół. Odbieram.
-Heeeeej Elka- słyszę wyraźnie szczęśliwy głos Rafała.
-Cześć- szczerze nie chce z nim gadać ale tylko on się mną
interesuje.
-Wiesz dziś jest impreza u Weroniki. Wpadniesz?- pyta z nutką
nadziei w głosie-Pomyślałem, że może poszłabyś ze mną.
-Przepraszam nie mam ochoty. Do jutra. Pa- odkładam słuchawkę
mając gdzieś, że właśnie coś mówi.
Tu nie chodzi o niego. Jest naprawdę miłym gościem, ale tu
chodzi o mnie i…..i o Weronikę. Suka zostawiła mnie bez słowa, wyjechała, a
teraz robi imprezę powitalną. Rzygać mi się chce. Schodzę na dół. W pół kroku słyszę.
-Już jestem! Córcia, już jestem!
-Idę mamo-mówię smętnie.
Niby z jednej strony cieszę się, że przyjechała. Nie
będzie aż tak cicho, ale z drugiej.. no nie wiem. Pewnie znowu cały czas będzie
pracować. Chciałabym, żeby jak kiedyś upiekła ciasto drożdżowe i zrobiła mi kakao. Przytuliła,
pocałowała w policzek i spytała jak miną dzień. Wzdycham.
-Odgrzeje ci pierogi. Ruskie, twoje ulubione prawda?
Właśnie-nawet nie dała mi odpowiedzieć- Siadaj, zjem dzisiaj z tobą.
Nie protestowałam. Po prostu siadłam, żeby
mieć święty spokój.
-Muszę ci coś
powiedzieć. To dosyć ważne.-to chyba nie było nic ważnego -Rozwodzimy się z
ojcem.- czyżby lekko się uśmiechnęła?
W tej chwili wyplułam pieroga, którego miałam w
buzi. Wstałam od stołu i bez słowa wyszłam z domu.
-Przecież nic się nie stało! Powinnaś to zrozumieć,
jesteś już dostatecznie duża! -usłyszałam tylko krzyki matki ciągnące się za
mną.
-Przecież nic się nie stało! Jasne, że się nic nie
stało!- znowu mówiłam do siebie przedrzeźniając matkę.
Wyjęłam telefon i zadzwoniłam do Rafała. Może to nie
był najlepszy pomysł ale jedyny, który miałam. O dziwo odebrał.
-Kto mówi?- zgrywał się, przecież wiedział, że to
ja.
-Tu Elka. Serdecznie cię przepraszam za to co
zrobiłam dziś po południu. To było naprawdę chamskie ale teraz strasznie cię
potrzebuję. Przyjedziesz?- tak bardzo miałam nadzieję, że się zgodzi.
-Jeżeli umówisz się ze mną to przyjadę-chyba
wiedział, że powiem 'tak'
-Dobra niech będzie. To spotkajmy się w parku o 16:00.-odparłam.
-Świetnie będę czekał przy fontannie.- był wyraźnie
ucieszony.
Może coś do mnie czuje, ale w tej sytuacji nie miałam ochoty na romanse. Zgodziłam się, bo potrzebowałam z kimś pogadać. On jest jedyną godną zaufania osobą. Miałam jeszcze trochę czasu choć nie zamierzałam wrócić do domu. Postanowiłam, że po szlajam się po mieście. Była sobota 17 maja, ciepłe po południe. Miałam na sobie szare krótkie spodnie i bluzę z kapturem zakładaną przez głowę. Włosy upięte w kok, bez makijażu i w do datku byłam nie wyspana. Wyglądałam pewnie jak zombi. Na
nogach miałam białe trampki. Jednak z chęcią poszłabym na boso. Nie wzięłam słuchawek. Szkoda, a miałam taką ochotę na smętną muzykę. Z braku zajęcia przypatrywałam się ludziom, widokom, które mijałam. Mieszkałam na maleńkim osiedlu w Łodzi. Wszystko miałam pod ręką choć nie było to centrum miasta. Park był blisko, kino za rogiem i mała kawiarnia nieopodal. Trochę dalej lecz jednak bez
zbędnego wysiłku mogłam się dostać do galerii handlowej.
Szłam chodnikiem, raz ulicą. O dziwo nie jeździ tu
dużo samochodów. Byle by tylko Rafał nie ubrał się w garniak- pomyślałam ‘’Tylko pamiętaj, ubierz się normalnie :) ‘’- napisałam na szybko smsa. ‘’Jasne, przecież to tylko zwykłe
spotkanie ;) ‘’-
otrzymałam po chwili odpowiedź. Zbliżałam się do bram parku i widząc sprzedawcę
różowych baloników mimowolnie się uśmiechnęłam. Czyżby to tylko dom działał na
mnie depresyjnie. Z przemyśleń wyrwało mnie silne uderzenie. Ałła. To bolało.
Koniec rozdziału I
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz