sobota, 31 października 2015

Gówno Prawda



Lekki zapach kwaśnego octu i starego strychu. Otworzyłam oczy i podniosłam książkę z głowy. Wypuściłam ten wspaniały zapach z płuc. Zawsze kochałam wąchać książki, choć nigdy nie przepadałam za ich czytaniem. Dziwne… Dziwne, że wącham i dziwne, że w ogóle czytam. Ostatnio wszystko jest dziwne. To, że w jednej sekundzie straciłam przyjaciół, dostałam depresji i próbowałam się zabić. To do mnie nie pasuje. To nie jestem ja. Ciężko oddycham, odkładając książkę. Siadam na łóżku, spuszczam stopy na panele. Zimna podłoga daje osobie znać. Uwielbiam chodzić na boso. Szczególnie po trawie.
-Wiesz co? Dzisiaj jeszcze nie płakałam. To dobrze prawda?- mówię
-Chodź ciągle myślę o tym co źle zrobiłam i dlaczego mi się nie udało. Oglądałam wczoraj film z rodzicami. Pewna dziewczyna podcięła sobie żyły. Wtedy pomyślałam, że też tak chce. Tak naprawdę nie chce umierać, życie jest piękne. To był jeden moment, jedna chwila. Najlepsze jest to, że chce wszystkim pomagać a nie umiem pomóc sobie.- płacze.
Pierwszy raz dzisiaj płaczę. Jestem w szoku, chyba muszę się pochwalić psychiatrze. Spojrzałam na zegarek. Już po czternastej. Czas wziąć antydepresanty. A pro po mojej depresji, wiedzą o tym tylko moi rodzice, pani psycholog i ewentualnie wychowawczyni, więc ciii nikomu nie mówcie. W liceum próbuje zachowywać się normalne. W domu jest gorzej. Pewnie dlatego, że cały czas jestem sama. Rodziców całymi dniami nie ma, moje rodzeństwo się wyprowadziło. Nawet nie mam do kogo gęby otworzyć. Chociaż nie, mam! Do siebie. To jest jeszcze bardziej dołujące. Wstaję i kieruję się w stronę małej białej komody. Zwykła z IKEI. Normalka. Na niej leżą płyty Mozarta, Michaela Jacksona i Grechuty. Parę gazet i kobiecych magazynów. Obok nich jakiś zeschnięty lakier do paznokci. Oczywiście czarny. Lubię ten kolor. Gówno prawda. Najbardziej lubię miętowy ale się do tego nie przyznaję. No i oczywiście w kącie stoi flakon z perfumami. Zapach lawendy. To najwyraźniej b y ł zapach lawendy. Otwieram szufladę i wyciągam z pod ubrań szkatułkę. W środku opakowanie po pigułkach i instrukcja od lekarza, gdybym czegoś zapomniała. Zamykam szufladę i połykam tabletkę. Pieprzony gorzki smak. Biegnę do łazienki i szybko popijam wodą z kranu. Nagle coś dzwoni. Chyba to mój telefon. Schodzę na dół. Odbieram.
-Heeeeej Elka- słyszę wyraźnie szczęśliwy głos Rafała.
-Cześć- szczerze nie chce z nim gadać ale tylko on się mną interesuje.
-Wiesz dziś jest impreza u Weroniki. Wpadniesz?- pyta z nutką nadziei w głosie-Pomyślałem, że może poszłabyś ze mną.
-Przepraszam nie mam ochoty. Do jutra. Pa- odkładam słuchawkę mając gdzieś, że właśnie coś mówi.
Tu nie chodzi o niego. Jest naprawdę miłym gościem, ale tu chodzi o mnie i…..i o Weronikę. Suka zostawiła mnie bez słowa, wyjechała, a teraz robi imprezę powitalną. Rzygać mi się chce. Schodzę na dół. W pół kroku słyszę.
-Już jestem! Córcia, już jestem!
-Idę mamo-mówię smętnie.
Niby z jednej strony cieszę się, że przyjechała. Nie będzie aż tak cicho, ale z drugiej.. no nie wiem. Pewnie znowu cały czas będzie pracować. Chciałabym, żeby jak kiedyś upiekła  ciasto drożdżowe i zrobiła mi kakao. Przytuliła, pocałowała w policzek i spytała jak miną dzień. Wzdycham.
-Odgrzeje ci pierogi. Ruskie, twoje ulubione prawda? Właśnie-nawet nie dała mi odpowiedzieć- Siadaj, zjem dzisiaj z tobą.
Nie protestowałam. Po prostu siadłam, żeby mieć święty spokój.
 -Muszę ci coś powiedzieć. To dosyć ważne.-to chyba nie było nic ważnego -Rozwodzimy się z ojcem.- czyżby lekko się uśmiechnęła?
W tej chwili wyplułam pieroga, którego miałam w buzi. Wstałam od stołu i bez słowa wyszłam z domu.
-Przecież nic się nie stało! Powinnaś to zrozumieć, jesteś już dostatecznie duża! -usłyszałam tylko krzyki matki ciągnące się za mną.
-Przecież nic się nie stało! Jasne, że się nic nie stało!- znowu mówiłam do siebie przedrzeźniając matkę.
Wyjęłam telefon i zadzwoniłam do Rafała. Może to nie był najlepszy pomysł ale jedyny, który miałam. O dziwo odebrał.
-Kto mówi?- zgrywał się, przecież wiedział, że to ja.
-Tu Elka. Serdecznie cię przepraszam za to co zrobiłam dziś po południu. To było naprawdę chamskie ale teraz strasznie cię potrzebuję. Przyjedziesz?- tak bardzo miałam nadzieję, że się zgodzi.
-Jeżeli umówisz się ze mną to przyjadę-chyba wiedział, że powiem 'tak'
-Dobra niech będzie. To spotkajmy się w parku o 16:00.-odparłam.
-Świetnie będę czekał przy fontannie.- był wyraźnie ucieszony.
Może coś do mnie czuje, ale w tej sytuacji nie miałam ochoty na romanse. Zgodziłam się, bo potrzebowałam z kimś pogadać. On jest jedyną godną zaufania osobą. Miałam jeszcze trochę czasu choć nie zamierzałam wrócić do domu. Postanowiłam, że po szlajam się po mieście. Była sobota 17 maja, ciepłe po południe. Miałam na sobie szare krótkie spodnie i bluzę z kapturem zakładaną przez głowę. Włosy upięte w kok, bez makijażu i w do datku byłam nie wyspana. Wyglądałam pewnie jak zombi. Na nogach miałam białe trampki. Jednak z chęcią poszłabym na boso. Nie wzięłam słuchawek. Szkoda, a miałam taką ochotę na smętną muzykę. Z braku zajęcia przypatrywałam się ludziom, widokom, które mijałam. Mieszkałam na maleńkim osiedlu w Łodzi. Wszystko  miałam pod ręką choć nie było to centrum miasta. Park był blisko, kino za rogiem i mała kawiarnia nieopodal. Trochę dalej lecz jednak bez zbędnego wysiłku mogłam się dostać do galerii handlowej.
Szłam chodnikiem, raz ulicą. O dziwo nie jeździ tu dużo samochodów. Byle by tylko Rafał nie ubrał się w garniak- pomyślałam ‘’Tylko pamiętaj, ubierz się normalnie :) ‘’- napisałam na szybko smsa. ‘’Jasne, przecież to tylko zwykłe spotkanie ;) ‘’- otrzymałam po chwili odpowiedź. Zbliżałam się do bram parku i widząc sprzedawcę różowych baloników mimowolnie się uśmiechnęłam. Czyżby to tylko dom działał na mnie depresyjnie. Z przemyśleń wyrwało mnie silne uderzenie. Ałła. To bolało.

Koniec rozdziału I